Daenan Gyimah: Spełniam marzenia. Koledzy wybierali narkotyki i szybkie pieniądze [WYWIAD]
Jest muzykiem, zapełniającym hale w wielkich miastach. Daenan Gyimah pisze teksty piosenek, opowiadające o trudnych relacjach. Niedawno wypuścił utwór o młodych ludziach, którzy wybrali złą drogę. Kanadyjczyk jest również siatkarzem mistrza Polski, BOGDANKI LUK Lublin. Dzięki rodzicom, ale również siatkówce i pierwszemu trenerowi, nie dał się ułudzie, jaką w Toronto dawały szybkie pieniądze za handel narkotykami. Dziś gra na najwyższym poziomie i zadziwia Wilfredo Leona, który nie mógł uwierzyć w jego gigantyczny zasięg w ataku. W dużej rozmowie z Siatkarskimi Ligami Gyimah opowiada swoją historię.
Cała rozmowa na stronie SiatkarskieLigi.pl
W 2020 roku postanowiłeś, że skupisz się tylko na muzyce. Przez prawie cztery lata nie grałeś w siatkówkę. Skąd taka decyzja?
Z kalkulacji. Podpisałem naprawdę dobry kontrakt muzyczny. W USA i Kanadzie nie ma profesjonalnej ligi siatkarskiej. Usiadłem i zastanawiałem się, co dalej robić. Była opcja, żeby wyjechać do Francji i podpisać tam umowę na 30 tysięcy euro rocznie. Jak na pierwszy rok, to nie byłby zły kontrakt. Ale zaraz potem pojawiła się myśl: „Przecież jeżeli skoncentruję się na muzyce, zarobię w ten rok kilkaset tysięcy euro”. Nawet dla wielu zdolnych muzyków podpisanie lukratywnego kontraktu wydaje się wygraniem losu na loterii, a u mnie to było osiągalne. Dlatego wybrałem muzykę. Kolejnym argumentem był Covid – ze względu na wybuch pandemii sporo lig przestało grać.
Widziałem film, na którym na oczach kibiców osiągasz fenomenalny zasięg w ataku – 390 cm. Kto wymyślił ten challenge?
Trener. Spytał mnie kiedyś na treningu, jak wysoko potrafię złapać piłkę w ataku. Mówię: „Jakieś 383, może 385 cm”. Odpowiedział tylko: „Nie wierzę ci”. Przyniósł odpowiedni sprzęt. Najpierw 385 cm. Wziąłem odpowiedni rozbieg, dotknąłem. Później ustawił 390 cm. Nie dałem rady, ale bardzo mało zabrakło. „To szalone!” - powiedział. A później stwierdził: „Nigdy nie widziałem czegoś takiego. Czy możemy zorganizować taki pokaz tuż przed naszym meczem? Nagramy cię na wideo”.
Zgodziłem się. Postawiłem tylko warunek, by odbyło się to po rozgrzewce, bo wtedy skaczę najwyżej. I tak właśnie to zorganizowano. Wnieśli sprzęt, kibice i rywale patrzą lekko zaskoczeni. Najpierw 3,75 m. Bez problemu. Później 3,80 m. Dałem radę. Dotknąłem też 3,85 m. Teraz 3,90 m. Wielkie wyzwanie. Skupienie, rozbieg, odbicie. Musnąłem. Zrobiłem to.
To nieoficjalny rekord świata?
Z tego, co wiem, nie ma innego siatkarza na świecie, który skakałby teraz na taką wysokość. Gdy trafiłem do BOGDANKI LUK Lublin, Wilfredo Leon na jednym z pierwszych treningów spytał mnie, jaki mam zasięg w ataku. Gdy usłyszał, że 390 cm, powiedział tylko: „O rany, brawo”. Kiedyś próbował zaatakować nad moim blokiem. Uśmiechnąłem się i powiedziałem: „Spróbuj lepiej tej sztuki z kimś innym” (śmiech).
Co najbardziej imponuje ci w Leonie?
To wspaniały przykład tego, jakim można pozostać człowiekiem, kiedy w tym, co się robi, jest się najlepszym. Leon to wybitny zawodnik, jeden z najwspanialszych na świecie, a do innych podchodzi z wdzięcznością. Jest porządny, ma swoje zasady, stara się dbać o przyjęcie nowych zawodników, a młodych traktuje z dużą cierpliwością. Dba też o atmosferę. Kiedy wracamy z wygranego meczu, mamy w busie naprawdę świetną atmosferę.
Rozmawiał: Jakub Radomski
Autor jest dziennikarzem serwisu Weszlo.com.
Powrót do listy


