Autor:Kamil Składowski
  21.03.2020 godz. 08:23  |   0

RetroPlusLiga: piętnaście lat zmian według „Igły”


Krzysztof Ignaczak był jednym z nielicznych graczy PlusLigi, którzy grali nieprzerwanie w zawodowej lidze przez 15 sezonów. W sezonie 2005/2006 został wybrany w Plebiscycie „Przeglądu Sportowego” najlepszym libero rozgrywek. W 2015 roku opowiedział nam, jak wyglądały początki profesjonalnej ligi i czym się ona różniła się od dzisiejszej Ligi Mistrzów Świata. Przeżyjcie krótki powrót do przeszłości.

Gdzie pan był 15 sezonów temu, pamięta pan jeszcze?
KRZYSZTOF IGNACZAK: Gdybym przeniósł się w czasie, piętnaście lat temu byłbym w Częstochowie. Wtedy właśnie, jak sięgam pamięcią, musieliśmy zakładać działalności gospodarcze, bo powstała spółka Profesjonalna Liga Piłki Siatkowej i kluby przekształcały się w spółki. Zostałem przedsiębiorcą Ignaczakiem, podmiot jednoosobowy. Także od tamtego momentu minęła kupa czasu, mnóstwo zmian, na lepsze.

Jakich?
KRZYSZTOF IGNACZAK: Tak na pierwszy rzut oka, liga różniła się infrastrukturą, w której graliśmy. By grać w profesjonalnej lidze musisz posiadać obiekt z widownią na kilka tysięcy ludzi. Kiedyś takich rzeczy nie było, brakowało także terafleksu, specjalnej wykładziny, która nam wiele ułatwia. Dawniej grało się na parkietach, które często miały na sobie narysowanych mnóstwo linii i zdarzały się wpadki, że ktoś zagrywał np. z szóstego metra, bo w tym natłoku trudno się było zorientować. Wielka różnica jest także w realizacji i pokazywaniu meczów w telewizji, Poza tym oprawy meczowe i sami kibice. Pamiętajcie, że kiedyś nie było takiego szału na siatkówkę, nawet reprezentacyjną. Nasz sponsor musiał np. przywozić kiedyś kibiców autokarami z Warszawy, by choć trochę wypełnić halę, żeby nie było wstydu.  

A jeśli chodzi o sprzęt?
KRZYSZTOF IGNACZAK: Stroje? Akurat w Częstochowie nie było już najgorzej, bo to były takie zalążki współpracy klubów z firmami odzieżowymi. Może nie było to, co mamy dziś, czyli stroje szyte pod wymiar, bo wtedy koszulki z reguły były za duże i wisiały jak na wieszakach. Ale była już namiastka profesjonalizmu, trzeba było jednak bardzo dbać o rzeczy, bo w dobrym tonie było zwrócić je po sezonie, czy gdy odchodziło się z klubu. Często koszulka przechodziła na innego gracza, zaszywało się nazwisko i inny jechał z robotą.

Jak wyglądały podróże na mecze?
KRZYSZTOF IGNACZAK: Gdy zaczynałem swoją karierę jako młody adept siatkówki jeździliśmy zwykłymi autobusami, nie tak jak dzisiaj szybkimi autokarami z telewizorem, toaletą i innymi udogodnieniami, jak internet. Wtedy to raczej był autosan czy inny „ogórek”, podróż 400-kilometrów potrafiła potrwać około 11 godzin. Na dodatek nie było w tamtych czasach w modzie sportowe prowadzenie się, więc w autokarze niemal każdy palił. Atmosfera robiła się gęsta, jak się tylko do niego wchodziło to już było nieźle napalone. Pan prezes wsiadał i wszystko musiało być przygotowane pod stolik karciany, graliśmy w nie aż do momentu, gdy autokar się nie zatrzymał. Pamiętam, że kiedyś postanowiono że starsi panowie nie będą podtruwać młodzieży, czyli mnie. Uznano, że będą robić przystanki na papierosa, jednak gdy okazało się że wyjazd do Wrocławia, zamiast godziny z kawałkiem potrwał trzy, to szybko wrócono do wentylacji małymi okienkami. To inny świat, dzisiaj nawet lata się samolotami, my jako Asseco Resovia mamy to szczęście, że w pobliżu jest lotnisko i np. na te najdłuższe krajowe trasy, jak np. do Gdańska, często już latamy, żeby nie jechać przez cały nasz piękny kraj.

Kiedyś szczytem marzeń był wyjazd za granicę.
KRZYSZTOF IGNACZAK: Był, ale teraz zmieniły się też zarobki, bo w naszych klubach jest zdecydowanie więcej pieniędzy niż 10-15 lat temu. A co za tym idzie wkroczyliśmy w czasy grubego profesjonalizmu. Pamiętam te czasy, jak się chciało wyjeżdżać, bo wtedy była okazja na dorobienie się. Jeśli ktoś chciał cię za granicą to znaczyło, że jesteś bardzo dobry. Zarabiając w markach, młodzi mogą już nie pamiętać tej waluty, ale te pieniądze wtedy pozwalały na inne życie. Dziś nie potrzeba już nigdzie wyjeżdżać, bo koniunktura na siatkówkę w naszym kraju tak się nakręciła. To raczej do nas chcą przyjeżdżać obcokrajowcy, bo nie jesteśmy już zaściankiem, a nasza liga wyznacza światowe trendy i dorzuca nowości, choćby system weryfikacji wideo. Pomogły jej w tym na pewno także sukcesy obu reprezentacji, które przez ostatnie 10 lat zdobywały medale praktycznie w każdym sezonie.

Wy mieliście kompleks wobec zagranicznych siatkarzy, klubów?
KRZYSZTOF IGNACZAK: Był taki kompleks, nie tylko z powodu pieniędzy. Nie władaliśmy tak dobrze jak dziś obcymi językami, więcej nas dzieliło. Człowiek bał się także wielkości zagranicznych miast. Pamiętam, że byłem w Berlinie jako młody chłopak i wszystko mnie szokowało, mieli niesamowite samochody, sklepy, o których mówiłem „Peweksy”. Dziś w niczym od nikogo nie odstajemy, podróżujemy po świecie bez kłopotów.

Jak jadaliście 15 lata temu, jak wyglądała wasza sportowa dieta?
KRZYSZTOF IGNACZAK: Bardzo się zmieniła. Kiedyś zażeraliśmy się żurkiem, jadło się kotlety schabowe i kapustę, tuż przed meczem. Wtedy nikt nie zwracał na to uwagi, że ktoś może mieć wzdęcia? Po prostu na meczu wszyscy puszczali „bąki”, ale nikt nam wtedy nie mówił, że to ma aż tak duże znaczenie. Dziś wiemy, że przed spotkaniem trzeba dobrze i mądrze zjeść, by nie doszło do spadku mocy, np. dziej się tak, gdy przed meczem napakujesz się węglowodanami. Dziś nie ma też już siłowni na gwizdek, co wcześniej się zdarzało. Pamiętam, że był taki trener, który potrafił zasnąć i jeden z nas dla żartu budził go uderzając o siebie ciężarkami. Każdy ma swoje zadania, wszystko jest monitorowane. Wszystko się rozwija.

Pamięta pan najbardziej wyjątkowych graczy tamtych lat, kogo by pan do nich zaliczył?
KRZYSZTOF IGNACZAK: To na pewno Krzyśka Wójcika. To był taki harpagan, gościu metr osiemdziesiąt jeden wzrostu, krępa budowa ciała, krótkie rączki, krótkie nóżki, ale niebywała wręcz skoczność i dynamika, a przede wszystkim charakter do gry. Ten facet potrafił ustawiać wokół siebie takich wielkich gości, można powiedzieć że to był urodzony przywódca. Potrafił ośmieszać rywali – pamiętam jak raz zamarkował atak przy trójbloku, a piłkę przebił głową i ona wpadła w boisko. To już zakrawało, jak to się po młodzieżowemu mówi na „trolowanie”. Poza boiskiem też był harpaganem, nie raz pokazywał mi skutki starć i to nie tylko słownych, gdy udowadniał innym, kto ma rację. Zresztą te kilkanaście lat temu w zespołach ligowych było wielu takich charakternych graczy, choćby taki Grobelny w Radomiu – człowiek obdarzony niesamowitą mocą, człowiek „hammer”, z niesamowitym „pierdzielnięciem” w łapie. W każdym zespole było takich ludzi więcej i nikt wtedy nie mówił, że są kontrowersyjni. Dzisiaj w sporcie więcej jest pustki, niewiele charakterów wojowników, teraz mamy właściwie tylko Michała Kubiaka, a kiedyś to była norma. Nie wiem, może to wynika z faktu że dziś nie lubimy, jak ktoś mówi o nas kontrowersyjny i dlatego skrywamy swoje emocje?

Ile zasługi zawodowej ligi jest w sukcesach reprezentacji?
KRZYSZTOF IGNACZAK: To dobre pytanie. Uważam, że liga na pewno dała bardzo dużo naszej reprezentacji, bo rozrastając się, przyciągnęła gwiazdy, przyszli choćby tacy ludzie jak Stephane Antiga. Od nich mogliśmy się uczyć innych stylów gry. Ci pierwsi obcokrajowcy też nam pomagali, pierwszy taki wielki transfer to był Wadim Piwowarow, chyba wtedy reprezentant Rosji. Facet w lidze robił niesamowite rzeczy, ciągnął zespół z Bielska-Białej. To były ludzie, od których my młodzi się uczyliśmy. Ja ich podglądałem, patrzyłem dlaczego to a to robią i potem starałem się naśladować. Dziś młodzi mają lepiej, bo jest pełen wachlarz do podglądania, od młotkowego po wirtuoza techniki, jest się od kogo uczyć. Na pewno liga jest kluczowa, bo młodzi mierząc się z takimi graczami uczą się najszybciej i potem prezentują wyższą klasę w reprezentacji. Ja takiego komfortu za młodu nie miałem. Pamiętam, że kiedyś nie mając tylu zagranicznych gwiazd u siebie w lidze, później miałem trudniej. Gdy stawałem naprzeciwko Gianiego czy Papiego to robiłem wielkie oczy, a pieluchę trzeba było zmieniać co seta, bo tak się cieszyłem, że po drugiej stronie siatki stoi facet, którego jedząc frytki oglądałem w telewizji i uczyłem się siatkówki, o którym mówiłem, że chcę kiedyś być taki jak on. A on stawał po drugiej stronie i spuszczał mi łomot. Dziś młodzież ma pewnie szacunek wobec rywala, jednak nie ma już tego strachu przed jego wielkością, który nam przed laty czasem przeszkadzał. Dzięki mocnej PlusLidze nikt dla niech nie jest już nadczłowiekiem.

Dlaczego tak rzadko zmieniał pan kluby przez te 15 sezonów?
KRZYSZTOF IGNACZAK: Generalnie lubię się wiązać na dłużej, jeśli gdzieś jest mi dobrze, nie lubię zmian.  To pewnie ma znaczenie także moja pozycja na boisku, że nie miałem też wiele ofert wyjazdu za granicę, choć zawsze marzyłem, by się sprawdzić we Włoszech. Może i raz była na to jakaś szansa, bo po którymś sezonie dowiedziałem się że były jakieś tam oferty. Ale ostatecznie o życiu za granicą będę wiedział tylko z opowieści kolegów. Nie mam jednak na co narzekać, bo w Polsce było mi bardzo dobrze i to raczej kluby mnie zmieniały niż ja je. Tak było w Sosnowcu, Częstochowie czy Bełchatowie. Na koniec wyciągnął do mnie rękę Rzeszów i tak zostało do dziś. Myślę, że swój dług wdzięczności spłacam z nawiązką.

Których trenerów zaliczy pan do najbarwniejszych?
KRZYSZTOF IGNACZAK: Na pewno Janka Sucha. Walił takimi tekstami, że przeszły do legendy polskiej siatkówki. Parę groszy dorzucił Wiesiu Czaja, Darek Luks też bywał zabawny. To oczywiście były rzeczy do pośmiania, lecz przede wszystkim każdy z nich był fachowcem, który całe swoje serce oddał siatkówce.

Co jeszcze trzeba zmienić w PlusLidze, by była jeszcze lepsza?
KRZYSZTOF IGNACZAK: Dziś jest profesjonalnie, lecz jest jeszcze wiele do zrobienia. Moim zdaniem to dotyczy także nas, zawodników. Ubolewam, że nie mamy np. swojego związku zawodowego, wiem że taki jest potrzebny. Kto wie, może niedługo skończy się moja przygoda ze sportem i może odnajdę się w próbie organizowania czegoś takiego? Zobaczymy, co czas przyniesie. Mamy jeszcze zapas w słowie profesjonalna, by wkrótce było przez duże „P”.

 Przejdź do forum (0)

Dołącz do rozmowy o tej wiadomości na forum

POWIĄZANE INFORMACJE

...
...
...

Newsletter

POBIERZ NASZĄ APLIKACJĘ

Jedziesz samochodem? Nie możesz oglądać meczu, ale z chęcią posłuchasz na żywo?

Pobierz naszą aplikację mobilną z funkcją czytania wyniku!

Na dodatek będą go podawać Karol Kłos z PGE Skry Bełchatów i jedna z największych gwiazd kobiecej siatkówki ostatnich lat – Ania Werblińska. Pobierz, posłuchaj, kibicuj PlusLidze i Lidze Siatkówki Kobiet.

 
 
 
sponsor tytularny
sponsorzy
media
partnerzy
partnerzy instytucjonalni

Ten serwis wykorzystuje pliki cookies

Używamy cookies i podobnych technologii m.in. w celu świadczenia usług i w celach statystycznych. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce, w jej ustawieniach. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies, kliknij „Zamknij”. Jeżeli nie wyrażasz zgody – zmień ustawienia swojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w naszej Polityce cookies

Zamknij