Już w najbliższy piątek 30 września wielki start sezonu 2022/2023 PlusLigi

Autor:Ilona Kobus, foto Resovia
  11.05.2017 godz. 08:02

Mark Lebedew: nigdy się nie poddaję


Jeden z największych wygranych niedawno zakończonego sezonu ligowego. Zadziwia stoickim spokojem, nawet w najtrudniejszych momentach i niezwykle trafnymi analizami boiskowych zdarzeń. W rozmowie z naszym serwisem trener Jastrzębskiego Węgla podsumował rozgrywki, zdradził co najbardziej mu się podobało, a co zmieniłby w przyszłości.

PLUSLIGA.PL: Przed niedawno zakończonym sezonem powiedział mi pan, że będzie rozczarowany, jeśli Jastrzębski Węgiel zajmie miejsce poniżej piątego…
MARK LEBEDEW: Pamiętam to dokładnie, bo później, praktycznie przez całe rozgrywki, wszyscy dziennikarze mnie o to pytali. Tak, to był nasz cel, udało nam się go osiągnąć i teraz możemy czuć się usatysfakcjonowani.

Również pana zawodnicy cytowali tę wypowiedź. To był celowy zamysł, żeby dodać drużynie wiary we własne możliwości, czy naprawdę pan w to wierzył?
MARK LEBEDEW: Może było w tym odrobinę celowości. Wszyscy wokoło byli zaskoczeni, że stawiamy sobie poprzeczkę tak wysoko, że mamy tak ogromne ambicję i myślę, że potrzeba było kilku miesięcy naszej dobrej gry, aby uwierzyli, iż faktycznie stać nas na walkę o strefę medalową, że moje słowa nie były wyssane z palca.

Wcześniejszy sezon zakończyliśmy na 7. miejscu. Dla mnie było więc logiczne, że jeśli chcemy się rozwijać jako zespół i jako klub, tym razem musimy osiągnąć coś więcej. Wiedziałem, że mam całkiem dobry zestaw zawodników, że Popiwczak i Muzaj, bogatsi o boiskowe doświadczenie, zagrają w tym sezonie lepiej niż w poprzednim. Wierzyłem, że stać nas na poprawę zeszłorocznego wyniku. Natomiast o tym, że możemy wygrać medal, tak naprawdę zaczęliśmy rozmawiać dopiero jakiś miesiąc przed zakończeniem ligowych zmagań.

Jak się pan czuje z tym brązem na szyi?
MARK LEBEDEW: Szczerze? Tuż po ostatnim meczu z Resovią czułem, że jestem wyczerpany. To był długi sezon, w który cała nasza grupa wiele zainwestowała - zarówno mentalnie jak i fizycznie. We wszystkich trzydziestu siedmiu rozegranych spotkaniach staraliśmy się utrzymywać ten swój najwyższy poziom, bo wiedzieliśmy, że nie jesteśmy aż tak dobrzy, by pozwolić sobie na jakiekolwiek odpuszczanie. Wiedzieliśmy, że nic nie wygramy samymi nazwiskami, że w każdym starciu musimy mocno bić się z rywalem, by zdobywać punkty. Przydarzyły się może trzy mecze w drugiej części sezonu, gdy trochę spuściliśmy z tonu, nie zagraliśmy swojej siatkówki. Cały czas towarzyszył nam stres, szczególnie wtedy gdy okazało się, że potrafimy wygrywać z tymi najmocniejszymi i zaczęliśmy być stawiani w roli faworytów. Dlatego po wywalczeniu tego brązu poczuliśmy wszyscy ulgę, pozwoliliśmy sobie na małe świętowanie.

Oczywiście, jestem także bardzo, bardzo szczęśliwy. Z przyjemnością patrzyłem na radość zawodników i kibiców po wywalczeniu medalu. To były piękne obrazki, które zachowam w sercu na długo.

Pana podopieczni cieszyli się z tego brązu jak ze złota. Chociaż pewnie dla nich ten brąz miał smak złota?
MARK LEBEDEW: To było spore osiągnięcie, bezwzględnie. Ale nie będę ukrywał, że skoro już awansowaliśmy do półfinału, chcieliśmy wygrać złoty medal, bo kto by nie chciał? Niestety, tym razem okazało się to niemożliwe, bo po prostu kędzierzynianie byli od nas lepsi i w pełni zasłużenie wygrali ligę po raz drugi.

Miał pan jakieś chwile zwątpienia podczas tego długiego sezonu? Wiem, że bardzo denerwował się pan po meczu w Warszawie…
MARK LEBEDEW: Każdy sezon ligowy jest długi i męczący, szczególnie w samej końcówce i w każdym zdarzają się sytuacje, których nie można przewidzieć, na które nie jesteśmy przygotowani, i które w jakiś tam sposób zmieniają zaplanowany wcześniej bieg zdarzeń. Chcieliśmy wygrywać, wiec presja cały czas szła w górę. Ale nie wydaje mi się, żebyśmy jako zespół przeszli jakiś wyraźny kryzys. Czasami nie byłem zbyt zadowolony z wyniku, jak właśnie w Warszawie. Powodem lekkiej nerwówki w końcówce fazy zasadniczej było to, że wcześniej pogubiliśmy trochę punktów, które zbyt łatwo oddaliśmy przeciwnikom - Będzinowi, Gdańskowi, Lubinowi czy Warszawie. We wszystkich tych meczach mogliśmy zgarnąć komplet oczek. Mimo to ani ja, ani zespół nawet przez moment się nie poddaliśmy.

Nawet po kontuzji Scotta Touzinskiego?
MARK LEBEDEW: Po pierwsze, ja nigdy się nie poddaję. Niezależnie od okoliczności, zawsze walczę i zawsze chcę wygrywać. Takie przesłanie przekazuję zawodnikom, z którymi pracuję. Tak było we właśnie zakończonym sezonie, ale także przed rokiem, kiedy też mocno się biliśmy w każdym spotkaniu. Wiedziałem, że po odejściu Scotta pozostanie wyrwa, nie tylko w wyjściowej szóstce, ale w całej grupie. Ale jednocześnie wierzyłem, że Jason DeRocco podoła wyzwaniu, że jakość gry zespołu nie spadnie. Przypomnę, że w drugiej części fazy zasadniczej zdobyliśmy więcej punktów niż w pierwszej. Dziś mogę powiedzieć, że Jason wykonał kawał fantastycznej pracy. Nie panikowałem, gdy nie mogliśmy znaleźć godnego zastępcy Scotta, bo dokładnie wiedziałem jakiego zawodnika poszukuję. Na runku nie było wtedy nikogo, kto mógłby wykonać tak kapitalną robotę dla zespołu, jak Sebastian Schwarz w tych ostatnich meczach. Swoją drogą, mieliśmy sporo szczęścia, że akurat ten zawodnik był do wzięcia, bo idealnie wpasował się w kolektyw. Przychodząc do klubu doskonale wiedział w jakiej jest sytuacji, jaką rolę dla niego przewidziałem, a mimo tego każdego dnia ciężko zasuwał na treningach. Co więcej, mobilizował do pracy młodszych kolegów, bo niemal codziennie zostawał w hali po treningach, żeby szybciej wrócić do dobrej dyspozycji, żeby jak najwięcej dać z siebie drużynie.

W tym roku, podobnie jak w zeszłym pana siatkarze zagrali sporo tie breaków. To oznacza, że byliście wielkimi walczakami, czy że zespół nie posiadł jeszcze „instynktu zabójcy”?
MARK LEBEDEW: Jest kilka przyczyn. Uważam, że przydarzały nam się spore różnice w poziomie gry - od tego najwyższego do całkiem przeciętnego. Jeśli popełnialiśmy seryjnie błędy, to zazwyczaj przegrywaliśmy sety. Ale też byliśmy zespołem, który do końca walczył o zwycięstwo. To chyba w sporej mierze wpłynęło na końcowy sukces - że nie poddawaliśmy się nawet w bardzo trudnych chwilach i czasami wręcz wydzieraliśmy wygraną rywalom.

Którą wersję Jastrzębskiego Węgla dopasowałby pan do meczów półfinałowych z ZAKSĄ?
MARK LEBEDEW: To nie była normalna sytuacja. Między główny sezonem, a play offami jest ogromna różnica, chociaż tak naprawdę, w samych drużynach nic się nie zmienia. W półfinale zabrakło nam przede wszystkim doświadczenia, nie do końca potrafiliśmy należycie rozegrać te mecze, także ja chyba nie odnalazłem tego najlepszego sposobu na grę przeciwko ZAKSIE. Może dlatego, że wcześniej przegraliśmy z nimi trzykrotnie. Ale nie nazwałbym tego brakiem umiejętności „dobijania przeciwnika”, bo tę wcześniej posiadaliśmy. Raczej wskazałbym na to, że tak jak wspomniałem wcześniej, była u nas zbyt duża różnica między tym najlepszym a najgorszym poziomem.

Lukas Kampa powiedział mi, że być może w półfinale zagraliście zbyt ryzykowną siatkówkę. Zgadza się pan z jego opinią?
MARK LEBEDEW: Prawdą jest, że w naszej siatkówce jest więcej ryzyka niż w pozostałych zespołach PlusLigi. Taki mamy sposób na zdobywanie punktów. I faktycznie, grając przeciwko takim oponentom jak Kędzierzyn, czasami ten styl może być ryzykowny dla nas samych. Być może w tamtych meczach nie znaleźliśmy odpowiedniego balansu pomiędzy bardzo szybką grą, a tą trochę wolniejszą i mniej ryzykowną.

To jedna z nauk płynących z zakończonego sezonu, a mogących zaprocentować w następnym?
MARK LEBEDEW: Na pewno będziemy mądrzejsi o kolejne doświadczenie, ale nie sądzę, że nasz styl zmieni się jakoś wyraźnie. Na pewno natomiast będziemy próbowali grać jeszcze lepszą i bardziej skuteczną siatkówkę. Nie wyobrażam sobie Salvadora Olivy, który atakuje z klasycznej wysokiej piłki, bo to nie jego styl. On bazuje na szybkości oraz sile, i tak pozostanie.

Zawsze pan podkreśla, że podstawą jest gra zespołowa, ale w tych zakończonych rozgrywkach były w Jastrzębiu dwie osoby, które indywidualnie zrobiły sporą różnicę - Oliva i Kampa. Któremu z nich przyznałby pan swoją prywatną statuetkę MVP sezonu?
MARK LEBEDEW: Drużyna to podstawa, ale w każdej grupie musi być zawodnik, który robi różnicę. Rok temu mieliśmy bardzo fajny kolektyw, ale nie było gracza, który byłby wyraźnym frontmanem w ataku i dlatego w każdy mecz, w każdy wygrany set i punkt musieliśmy wkładać sporo wysiłku. Tym razem wszystko poukładało się bardzo dobrze i moim zdaniem, każdy z siatkarzy dołożył do sukcesu swoją cegiełkę. Dlatego też nie chciałbym nikogo wyróżniać w szczególny sposób.

Podsumujmy ten zakończony sezon PlusLigi. Co najbardziej się panu podobało, a z czego nie był pan zadowolony?
MARK LEBEDEW: Najbardziej jestem chyba zadowolony z tego, że nie ma już przerw technicznych, bo wliczając system challenge, było tego za dużo. Generalnie w ogóle jestem zadowolony z tego, co wydarzyło się w tych rozgrywkach. Świetna organizacja, doskonali kibice, praktycznie w każdej polskiej hali była fantastyczna atmosfera podczas meczów.

Jeśli chodzi o negatywne aspekty, to po pierwsze, nie podobały mi się tegoroczne play offy. Chociaż w pewnym sensie byliśmy w nich uprzywilejowani, nie kontynuowałbym tej wersji. Mamy szesnaście drużyn i uważam, że w play offach spokojnie mogła zagrać połowa z nich. Jestem przekonany, że byłyby to bardzo interesujące widowiska oraz, że spokojnie można było rozmieścić w czasie ten klasyczny play off. Druga rzecz, którą ja osobiście bym zmienił, to wideo weryfikacja. Uważam, że powinien być określony limit czasowy na sprawdzanie danej akcji, żeby nie przeciągać weryfikacji w nieskończoność. Jeśli na przykład dotknięcie piłki przez blok jest tak minimalne, że sędzia przez dwie minuty nie potrafi podjąć decyzji, to według mnie lepiej byłoby uznać, że nie było dotknięcia i nie przedłużać meczu. Mam też nadzieję, że w przyszłości sędzia odpowiedzialny za challenge będzie mógł sam weryfikować sporne akcje, bez konieczności zgłaszania tego przez trenera. Zwłaszcza, przy sprawdzaniu czy piłka była w boisku. To także oszczędziłoby trochę czasu.

 

POWIĄZANE INFORMACJE

...
...
...

Newsletter

Sponsor tytularny
Sponsor
Multiagencja Unilink - najlepsze ubezpieczenia OC/AC
Sponsorzy
partnerzy medialni
partnerzy