Autor:Ilona Kobus, foto JW
  29.01.2019 godz. 17:52  |   1

Wojciech Ferens: niektórzy postawili na mnie krzyżyk


Jastrzębski Węgiel przegrał 1:3 finałowy mecz Pucharu Polski z ZAKSĄ Kędzierzyn-Koźle, ale mimo porażki trener Santilli miał mały powód do zadowolenia - postawę Wojciecha Ferensa, który kilka dni temu zasilił pomarańczowe szeregi, a mimo to we Wrocławiu, choć wszedł na boisko z ławki rezerwowych, był wyróżniającym się zawodnikiem zespołu.

PLUSLIGA.PL: Stanie z boku i patrzenie jak finałowy rywal świętuje zwycięstwo nie jest chyba przyjemnym przeżyciem?
WOJCIECH FERENS: No niespecjalnie, tym bardziej że ja mam jeszcze gdzieś tam z tyłu głowy wspomnienia z zeszłorocznego finału Pucharu Polski i wiem jak przyjemnie odbiera się to trofeum i jaki fajny smak ma zwycięstwo.

- To była bolesna porażka, tym bardziej, że w trzeciej partii pokazaliśmy, iż wciąż jesteśmy w grze. Niestety, środki pozostałych setów gdzieś nam uciekały. ZAKSA odskakiwała na 2-3 punkty, a potem, w takich nerwowych momentach zdarzały nam się chwile zawahania i rywale powiększali przewagę. Trzeba oddać wicemistrzom Polski, że zagrali bardzo dobre spotkanie, szczególnie w systemie blok-obrona, a nam pozostaje im pogratulować.

Miał pan już okazję walczyć w finale Pucharu Polski, w przeciwieństwie do niektórych swoich kolegów z drużyny. Dlatego zachował pan tyle zimnej krwi?
WOJCIECH FERENS: Dla mnie pod pewnym względem też było to nerwowe spotkanie. Niespełna tydzień temu pojawiłem się w Polsce i tak na dobrą sprawę odbyłem tylko dwa treningi z drużyną, zagrałem pół seta w Bielsku-Białej, notabene piłką, którą gra się we Francji. We Wrocławiu natomiast graliśmy już innymi piłkami. Nie chciałbym oczywiście zrzucać winy na tę różnicę, ale jednak trajektoria lotu tych piłek jest zupełnie inna i z tego powodu był to dla mnie trudny mecz. Cieszę się, że mimo wszystko mogłem choć trochę pomóc drużynie, być może wskazać jakiś kierunek i dać trenerowi sygnał, że wybór mojej osoby nie był przypadkowy, że jestem gotowy do gry i do walki.

- Zostawiliśmy na boisku całe serducho, tego nie można nam odebrać. Ale było też mnóstwo sytuacji spornych…

No właśnie. Po meczu z ONICO Warszawą Jakub Popiwczak zapewniał mnie, że w rywalizacji z ZAKSĄ nie będzie dyskusji pod siatką. W pierwszym secie graliście bardzo dobrze, ale gdy rywale zaczęli odrabiać straty wystarczyła jedna sytuacja sporna i od razu wybuchła awantura. Po co?
WOJCIECH FERENS: Podczas półfinału tłumaczono nam, że są pewne przepisy, których sędziowie nie mogą łamać i mimo tego, że na pierwszy rzut oka decyzja wydawała się być jednoznaczna, to po wideo weryfikacji nie było to już takie proste. W finale natomiast spór dotyczył piłek niesionych. Oczywiście, ocena jest indywidualną interpretacją sędziego i my to rozumiemy. Nie chcę powiedzieć, że sędzia był niesprawiedliwy, bo to nie o to chodzi. Wiem, że dla arbitrów finał Pucharu Polski to również wielkie wydarzenie, spore emocje, jednak trzeba swoje decyzje ważyć i rozkładać je równomiernie na obie drużyny.

W moim odczucia ta awantura z końcówki 1. seta miała znaczny wpływa na waszą postawę w kolejnym. Zgodzi się pan ze mną?
WOJCIECH FERENS: Finały, granie o stawkę rządzą się swoimi prawami. Podejrzewam, że każda nerwowa sytuacja odciska jakieś piętno w głowach zawodników, więc można by się skłonić do takiej oceny. Ale z drugiej strony, w lidze takie sytuacje też się zdarzają, a my jesteśmy profesjonalistami i musimy z tym żyć, dawać sobie radę. Cóż, tak jak powiedziałem, zespół z Kędzierzyna-Koźla był tego dnia lepszy od nas i wygrał zasłużenie. My nie zwieszamy głów, bo mamy w tym sezonie jeszcze inne, ważniejsze cele do osiągnięcia. Jesteśmy na wysokiej pozycji w lidze i chcemy ją utrzymać, żeby walczyć o medale.

Najważniejszy wniosek dla was po finale Pucharu Polski?
WOJCIECH FERENS: Nawet po bardzo kiepskim secie można się podnieść, zacząć mecz od nowa i powalczyć. Nigdy nie wolno zwieszać głowy. No a przede wszystkim, zawsze trzeba pozostawać drużyną, walczyć kolektywnie i wspólnie dźwigać się z trudnych sytuacji.

W Jastrzębskim Węglu nosi pan na koszulce numer 55. Ma to dla pana jakieś znaczenie?
WOJCIECH FERENS: Przez całe życie „piątka” była dla mnie szczególnym numerem. Gdy mój transfer został sfinalizowany, spytałem Paulinę Jajus (serdecznie ją pozdrawiam, bo to świetna dziewczyna, która wszystko organizuje w klubie) jakie numery są dostępne. Piątka była zajęta, piętnastka również. Zaproponowała właśnie 55 i pomyślałem: czemu nie, w końcu dwie piątki są jeszcze lepsze niż jedna.

Pana aklimatyzacja w Jastrzębiu musiała odbyć się błyskawicznie, ale pewnie koledzy pomogli, bo wiem, że atmosfera w drużynie jest bardzo dobra.
WOJCIECH FERENS: Jest bardzo dobra, a do tego praktycznie osiemdziesiąt procent zespołu znałem już wcześniej. Dwóch chłopaków to moi przyjaciele także poza boiskiem, Piotrek Hain i Dawid Gunia, więc do razu zostałem ciepło przyjęty. Teraz pozostaje mi ciężko pracować, wrócić do rytmu treningowego i ponownie oswoić się z tą wspaniałą atmosferą, która panuje na meczach w naszym kraju, a przede wszystkim z piłką.

Co tak naprawdę wydarzyło się w klubie z Cannes?
WOJCIECH FERENS: Nie jest żadną tajemnicą, że mówiąc kolokwialnie, klub wyłożył się organizacyjnie. Dlatego to moje przejście do Jastrzębia było tak naprawdę korzystne dla obu stron. Dla mnie, bo powrót do kraju, do mocniejszej ligi. Dla klubu z Cannes natomiast był to taki oddech świeżego powietrza w trudnej sytuacji finansowej, w jakiej się znaleźli. Moim zdaniem ten klub zasługuje na miejsce w Ligue A w następnych latach i mam nadzieję, że pieniądze za mój transfer trochę uspokoją ich sytuację ekonomiczną, że klub będzie dalej istniał, bo jest to naprawdę świetne miejsce. Do końca życia będę wspominał ich bardzo dobrze. Liga francuska jest przyzwoita, w sumie byłem zadowolony z poziomu sportowego. Do tego grałem regularnie, cieszyły mnie te występy i chyba szło mi całkiem nieźle. To świetne miejsce nie tylko - tak jak było w moim przypadku - żeby komuś coś udowodnić, ale też aby się pokazać szerszej publiczności.

Komu i co chciał pan udowodnić?
WOJCIECH FERENS: Niestety, po kontuzji której doznałem niektóre osoby postawiły na mnie krzyżyk, a uraz więzadła krzyżowego to nie jest przecież koniec świata. Kilku chłopaków, nawet w mojej nowej drużynie też jest po tej kontuzji, a wrócili do zdrowia i bardzo dobrze się prezentują. Fajnie było pokazać, że jestem gotowy do gry na wysokim poziomie, szczególnie w ataku.

 Przejdź do forum (1)

Dołącz do rozmowy o tej wiadomości na forum

POWIĄZANE INFORMACJE

...
...

Newsletter

POBIERZ NASZĄ APLIKACJĘ

Jedziesz samochodem? Nie możesz oglądać meczu, ale z chęcią posłuchasz na żywo?

Pobierz naszą aplikację mobilną z funkcją czytania wyniku!

Na dodatek będą go podawać Karol Kłos z PGE Skry Bełchatów i jedna z największych gwiazd kobiecej siatkówki ostatnich lat – Ania Werblińska. Pobierz, posłuchaj, kibicuj PlusLidze i Lidze Siatkówki Kobiet.

 
 
 
sponsor tytularny
sponsorzy
media
partnerzy

Ten serwis wykorzystuje pliki cookies

Używamy cookies i podobnych technologii m.in. w celu świadczenia usług i w celach statystycznych. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce, w jej ustawieniach. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies, kliknij „Zamknij”. Jeżeli nie wyrażasz zgody – zmień ustawienia swojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w naszej Polityce cookies

Zamknij